Kolejny film z Markiem Dacascosem, czyli aktorem uznawanym za bardziej wyrafinowaną wersję Jeana-Claude’a Van Damme’a. Jest znacznie inteligentniejszy i sympatyczniejszy od Belga. Dacascos zazwyczaj nie podpiera się dublerami, jest skoczny, nieźle kopie. Grany przez niego bohater jak zwykle ma bogatą przeszłość, teraz próbuje zostać księdzem i odciąć się od wykonywanych w przeszłości szwindli. Tytułowe sanktuarium to pół oficjalna hodowla zabójców, szkolonych od małego, stanowiących konkurencję CIA. Film wypełniony jest pogoniami, strzelaninami jeden na jednego, rozważaniami o związkach wiary ze zbrodnią (a przecież takowych nie ma!). Scenariusz ma ambicje w miarę możliwości "remakować" Francuskiego łącznika. "Bezbronność i słabość to tylko podniety. Przemoc to coś innego. To siła, której się przyzwyczajasz nadużywać. Zazdroszczę ci twojej słabości, synu" - mówi tuż przed samobójstwem twórca sanktuarium. Chwilę potem Dacascosowi proponują wstąpienie do swojego tajnego skrzydła... księża. Oto postmodernizm w czystej formie!